wtorek, 17 grudnia 2013

Po prostu kapitan (Kapitan Phillips, reż. P. Greengrass)

Wspaniałe aktorstwo, świetnie poprowadzona historia (opowiedziana w prosty sposób, bez niepotrzebnych dodatków i środków koloryzujących) i mocna, poruszająca scena finałowa. Tak w wielkim skrócie mogłabym wymienić główne zalety "Kapitana Phillipsa".

Opowiedziana w filmie historia jest prawdziwa. To jest jej wielka siła. Chwała Paulowi Greengrassowi, że nie podkreślił sztucznie jej autentyczności, nie dodał od siebie fajerwerków i nie zrobił z Phillipsa Supermana. Film i bez tego świetnie trzyma w napięciu. 

Dawno nie widziałam Toma Hanksa na ekranie. Dobrze jest zobaczyć, że aktor nadal trzyma najwyższą formę. Jego postać jest autentyczna, budzi prawdziwe emocje. Widać, kto jest kapitanem na statku Maersk Alabama. Kto naprawdę "ma jaja", potrafi zachować zimną krew i umiejętność szybkiej analizy sytuacji, choć przyjdzie mu za to zapłacić pozrywanymi nerwami i balansowaniem na cienkiej linie.

Ciekawy jest duet Tom Hanks - Barkhad Abdi (Muse, najbardziej wyrazisty z piratów). Dwóch przeciwników, gra ich spojrzeń, psychologiczna walka. Do końca nie jesteśmy pewni, jak się rozegra, co się stanie, jakie skutki pociągną za sobą pewne słowa czy gesty. Obaj wiele potrafią wyrazić twarzą, oczami; podkreślają to świetne zdjęcia Barry'ego Ackroyda. Co ciekawe - Abdi nie miał przed "Kapitanem Phillipsem" żadnego doświadczenia aktorskiego, a jest prawdziwie godnym partnerem dla Hanksa. Prawdziwy talent. 

Tylko widz czasem dziwi się: jak to możliwe, że jedna mała łódź jest w stanie postawić wielki kontenerowiec w stan realnego zagrożenia? Jak to możliwe, że załoga wielkiego statku pływa bez ochrony, bez żołnierzy? I wreszcie - jak to możliwe, że kontenerowiec płynie trasą, której niebezpieczeństwa są znane załodze? Jak to możliwe w naszych czasach? Całe szczęście - jak dowiedziałam się z wywiadów z prawdziwym Richardem Phillipsem - zmieniły się zasady i załoga pływa z ochroniarzami (choć i tak w wielu rejonach piractwo nadal się szerzy - niekoniecznie w okolicach Somalii, ale także Nigerii , w Ameryce Południowej, Indonezji etc.). Kapitan nie ukrywa realności zagrożenia w czasie opowiedzianych w filmie wydarzeń. Mówi: "byłem przekonany, że moja historia skończy się kulką w głowie. Nie spodziewałem się, że amerykańskim wojskom uda się mnie odbić".

Tym, którzy zgadzają się, że życie pisze najlepsze historie, polecam ten film. Polecam go też fanom Toma Hanksa i fanom dobrze zagranego, solidnego kina. 





Kapitan Phillips (Captain Phillips). Reżyseria: Paul Greengrass, scenariusz: Billy Ray. Obsada: Tom Hanks, Barkhad Abdi, Faysal Ahmed. Produkcja: USA 2013.

środa, 13 listopada 2013

Bogini miłości, bogini zemsty (Wenus w futrze, reż. R. Polański)

Skąd przyszła? - darmo śledzić kto pragnie,
Gdzie uszła? - nikt jej nie zbada.
Jak mokry jaskier wschodzi na bagnie,
Jak ognik nocny przepada.
(A. Mickiewicz)


[1] Mathieu Almaric i Emmanuelle Seigner spotkali się już na planie świetnego "Motyla i skafandra" Juliana Schnabla. Ale ich duet w "Wenus w futrze" to prawdziwa perełka. Oboje są elektryzujący, intrygujący - zarówno osobno, jak i w niejednoznacznej grze, jaką ze sobą prowadzą. Ich rozmowa kluczy między pomieszczonymi w sztuce dialogami a didaskaliami, płynnie przechodzi z interakcji bohaterów "Wenus w futrze" do relacji Thomasa i Wandy. To wszystko zamknięte w małej, kameralnej przestrzeni podrzędnego teatru. Roman Polański tę intymność, którą osiągnął w "Rzezi" (a jeszcze wcześniej w "Nożu w wodzie") posuwa znacznie dalej. Tylko dwoje aktorów, dwoje ludzi (mężczyzna i kobieta) oraz rozpięta między nimi siatka pragnień, obsesji, niedopowiedzeń, namiętności, emocji. Tylko oni, światło i muzyka.

[2] Almaric to niemal skóra zdjęta z młodego Polańskiego. Uderzające podobieństwo i ekspresja. Grany przez niego bohater, Thomas (a także Severin Kussemsky, bohater reżyserowanej przez Thomasa sztuki), zwłaszcza w scenie ostatecznego upokorzenia przypomina mocno bohatera "Lokatora" (1976) granego przez samego Polańskiego.  

[3] Wanda (Seigner) przechodzi liczne metamorfozy. Niewiele o niej wiadomo. Kiedy już wydaje się, że coś wiemy, obraz znika, a na jego miejsce pojawia się zupełnie inny. Skąd się wzięła, skąd czerpie swoją wiedzę i doświadczenie? Jest aktorką czy tylko intrygantką? Jaki jest jej prawdziwy cel? Czy ma jedno oblicze, którego razem z Thomasem moglibyśmy być pewni? Wenus, bachantka czy Fanny von Pistor z eksperymentu Sachera-Masocha?
Z biegiem czasu Wanda coraz bardziej przypomina wytwór wyobraźni, wizję zmęczonego ciężkim dniem reżysera, zbudowaną z jego uczuć, ambicji, pragnień czy obsesji, literackich nawiązań różnych epok. Czy to ona w niewidoczny sposób otwiera drzwi teatru na początku filmu i zamyka je na końcu?
Czy ten dramat rozgrywa się naprawdę, tylko na scenie czy w głowie Thomasa?

[4] Szowinizm, fetyszyzm, feminizm, sado-maso, eros i tanatos, dominacja i upokorzenie? Walka płci? Zniewalająca siła kobiecej seksualności? Współczesne problemy ubrane w dawne kostiumy? A może głównie ironia i satyra, próba wywiedzenia pewnych tendencji z literackich, historycznych, psychoanalitycznych uwarunkowań? I pytanie, które pojawia się często: ile w tym autobiografii reżysera?
Nie chcę odpowiadać na te pytania jednoznacznie, z pozycji tej, która wie. Co więcej: sądzę, że najprzyjemniejsze jest budowanie tej dyskusji ciągle od nowa, a sam reżyser naprzemiennie zakrywa i odkrywa karty. Najważniejsze jest to, że adaptacja Polańskiego prowokuje do stawiania pytań i odpowiedzenia sobie samemu, o czym właściwie opowiada. Mamy do dyspozycji cały wór pojęć, z którego możemy czerpać. 
Jedno jest pewne: "Wenus w futrze" jest jak najbardziej aktualna. A oglądanie filmu Polańskiego to niekłamana przyjemność, udane spotkanie dzieła filmowego, teatralnego i literackiego. 




Wenus w futrze (La Vénus à la fourrure). Reżyseria: Roman Polański, scenariusz: Roman Polański, David Ives. Obsada: Mathieu Almaric, Emmanuelle Seigner. Produkcja: Francja, Polska 2013.

czwartek, 17 października 2013

Rozmowa z kobietą bez twarzy (Koneser, reż. G. Tornatore)

Dla odmiany chwila ciszy -
może wreszcie ktoś usłyszy coś,
więc zrobić to trzeba.
Ta ciekawość jest wściekła,
pierwszy stopień do piekła,
lecz ostatni stopień do nieba.
(G. Turnau)


[1]
Powolny sposób prowadzenia akcji. Powolny, acz precyzyjny - jak składanie kolejnych miniaturowych części androida. Klimat, w którym człowiek odruchowo prostuje plecy, jego ruchy zwalniają, jego podniebienie pożąda wyrafinowanych smaków, a oczy nowych dzieł. Niespieszna kontemplacja.

[2]
On - Virgil Oldman. Koneser sztuki i kobiecego piękna, początkowo wyłącznie przez sztukę zapośredniczonego. Świetny licytator, znawca dzieł sztuki i ich wartości. Kolekcjoner. Człowiek w średnim wieku, samotny.
Ona - Claire Ibbetson. Piękna, krucha istota, początkowo poznawana wyłącznie za pomocą głosu i dziurki od klucza. Pisarka. Właścicielka imponującego, choć nieco zaniedbanego domu z mnóstwem antyków. Zalękniona, skazująca siebie na zamknięcie od wielu lat. Młoda, samotna.

[3]
Fobie. Agorafobia i nerwica natręctw. Chorobliwe przywiązanie do higieny, za którym kryje się lęk przed dotykiem. I strach przed kontaktem ze światem zewnętrznym, który może zburzyć bezpieczną przestrzeń.
Zamknięcie obojga bohaterów, sfera prywatności, do której nikt nie ma dostępu - a chwila odwagi i ufności dająca ten dostęp pociąga za sobą określone skutki.

[4]
Siła napędowa: ciekawość.
"Mój podziw dla kobiet jest równy z moim strachem przed nimi" - mówi Virgil Oldman do przyjaciela, Roberta.
Ciekawość, która wyrywa z bezpiecznego świata, rytuałów, przyzwyczajeń. Która rodzi pragnienie zobaczenia, poznania. Która burzy ściśle ustalony dotąd porządek. Drugi człowiek, który swoim pojawieniem się wywraca świat do góry nogami (jak mówi Claire do Virgila). Zmienia postrzeganie, zachowanie, odczuwanie ("doradzasz mi, bym przestał być sobą" - mówi Virgil do Roberta).
Poczucie zachwiania bezpieczeństwa, które wyrzuca z ust słowa: "zrób mi przysługę i zniknij z powierzchni ziemi" (Virgil do Claire po kłótni). I słowa, które mogłyby się odnosić i do niej, i do niego: "Nie pozwól, by lęk tobą zawładnął".

[5]
Lęk (przed nieznanym). 
Szczerość (i ufność), która staje się odarciem z masek, obnażeniem ciała, pokazaniem twarzy.
Ona: otwiera drzwi, pokazuje mu swoją twarz (a później nagie ciało), nazywa go po imieniu.
On: zdejmuje rękawiczki. Dotyka jej twarzy. W kontakcie z jej ciałem nie potrzebuje już osobistej ochrony.

[6]
Geoffrey Rush. Tu nie trzeba komentarza.


Wspaniały film, w którym jest czas na oddech. Skupiający zmysły, dający im sporą dawkę wrażeń. Nie tylko doskonały fabularnie, ale i wizualnie. Gra z widzem skłaniająca do przemyśleń, do poskładania sobie jeszcze raz w całość kawałków ukrytych tu i tam. Wydobywanych stopniowo, mieszających porządki i hipotezy.
Polecam.




Koneser (La Migliore offerta). Reżyseria: Giuseppe Tornatore, scenariusz: Giuseppe Tornatore. Obsada: Geoffrey Rush, Jim Sturgess, Sylvia Hoeks. Produkcja: Włochy 2013.

czwartek, 12 września 2013

Krótko o gazie łupkowym (Promised Land, reż. G. Van Sant)

Jest społeczny problem, głośniejszy co prawda w USA niż u nas, w Polsce, ale na czasie. Jest wielka korporacja, której przedstawiciele walczą o swoje - czasem nawet, jak się okazuje, zajmując obie strony barykady dla bardziej spektakularnego zwycięstwa. Jest małomiasteczkowa społeczność, która musi skonfrontować oferowane profity z tym, co może na tym stracić. Z przedstawicielami bardziej lub mniej dociekliwymi, bardziej lub mniej entuzjastycznymi. Jest duet Gus Van Sant - Matt Damon, znany nam już choćby z "Buntownika z wyboru". Damon jest do tego współautorem scenariusza filmu.
I jest też entuzjastyczny plakat, zapowiadający najlepszą rolę Damona i film roku. Oj, przesadzone to bardzo. Temu się akurat nie dziwię, bo z plakatami często tak bywa.

Za co plusy? 
Za zdjęcia - i te w zbliżeniu, i te z lotu ptaka. 
Za nieśpieszną fabułę, która ma zarówno swoich zwolenników, jak i przeciwników. Ja akurat lubię takie. 
Za stworzony w udany sposób amerykański małomiasteczkowy klimat. 
Za rolę Sue (Frances McDormand) - dojrzałą, konsekwentnie budowaną, przekonującą. 
Za podjęcie tematu, oczywiście.
Za tytuł, bo jest całkiem niezły. Można go interpretować wieloznacznie. Splata się to, co obiecane za ziemię, obietnice dotyczące jej potencjału, perspektywa finansowego raju. I te zdjęcia miniaturowych koni, pasących się spokojnie krów, które kojarzą się z rajem właśnie. Ziemią dotąd żyjącą zgodnie z biegiem natury. Jeden raj, który obiecują zamienić na inny. Oba dość pozorne.

Minusy? 
To nie jest życiowa rola Matta Damona. Steve na początku budzi podziw przez swoje umiejętności negocjacyjne i konsekwencję w działaniu. A potem się robi jakoś łzawo. I w tym wina Damona podwójna, bo przecież jest scenarzystą "Promised Land" (razem z Johnem Krasinskim, który dla mnie wypada znacznie bardziej przekonująco w roli korpoczłowieka w przebraniu ekologa). 
Wątek miłosny? Trudno go nazwać wątkiem. Jest pseudorywalizacja i pseudowątek. Dziewczyna sympatyczna, ale na tym się kończy.
Zakończenie - ech, można to było lepiej rozwiązać. Przecież na przykład... ona mogłaby być zaangażowaną ekolożką. Temat rozegrałby się i publicznie, i prywatnie. Istnieje jednak ryzyko, że "nawrócenie" Steve'a Butlera wypadłoby jeszcze bardziej łzawo.




Promised Land. Reżyseria: Gus Van Sant, scenariusz: Matt Damon, John Krasinski. Obsada: Matt Damon, Frances McDormand,  John Krasinski. Produkcja: USA 2012.

wtorek, 3 września 2013

Najlepsze imprezy kończą się w kuchni? (Soul Kitchen, reż. F. Akin)

To taka męska opowieść. Zaskakujące, i to pozytywnie. Bo gdybyśmy nie wiedzieli nic o tym filmie i skupili się wyłącznie na tytule - "Soul Kitchen" - na myśl przyszłoby nam zapewne wiele tytułów obecnych w kinie w ostatnich latach, które skupiają się na rozkoszach gotowania w połączeniu z miłością i namiętnością. A ten film nawet nie jest o gotowaniu, choć gotowaniem się właściwie kończy. Dopiero w finale Soul Kitchen zyskuje drugie znaczenie, staje się połączeniem dusz. A od początku jest głównie industrialną w stylu knajpą ze zwykłym jedzeniem, określoną klientelą, o muzycznej nazwie (tutaj Soul bierze początek od muzyki soul, nie od duszy i zmysłów).

Jest to także komedia, choć niepozbawiona społecznej krytyki. Humor w bardzo moim stylu. Perypetie bohaterów czasem posunięte do granic absurdu (jak się wali, to na całego). Faith Akin całkiem zabawnie odwołuje się do klisz ze sfery (a nawet mediosfery) filmowo-kulinarnej. Tu działanie afrodyzjaku na zwykłą urzędniczkę, tu skwiercząca panierka i apetyczne mrożonki, tu profesjonalne siekanie bakłażanów. A do tego brud, nieporadność, życie jak gotowiec z hipermarketu. Dopiero odwrócone do góry nogami zaczyna się od nowa składać z bardziej wartościowych składników. Całość zaczyna wyglądać znacznie bardziej apetycznie. Nie tylko w kuchni.

Świetne męskie role! Birol Ünel ("Głową w mur") w roli zmanierowanego, niepokornego, cholerycznego kucharza, przekonanego całkowicie o swej własnej wartości i o jedynej słuszności swoich poglądów i wyborów. Adam Bousdoukos w roli Zinosa Kazantsakisa, Greka mieszkającego w Niemczech, który próbuje prowadzić własną knajpę, nie mając o tym zbyt wielkiego pojęcia (ale posiadając świetną miejscówkę). Moritz Bleibtreu w roli Iliasa, brata Zinosa, który kombinuje na różne sposoby po wyjściu z więzienia, zatrudniając się na początku u brata. Niespecjalnie odpowiedzialny, niezbyt szybko myślący, na swój sposób zabawny. A w tle jeszcze stary brodaty Grek Sokrates (Demir Gökgöl), rybak, miłośnik dobrej kuchni, prawdziwy przyjaciel na dobre i na złe.

No i muzyka, która jak zwykle gra u Akina ważną rolę.
Intrygujący tygielek, zachęcający do spróbowania.




Soul Kitchen. Reżyseria: Faith Akin, scenariusz: Fatih Akin, Adam Bousdoukos. Obsada: Adam Bousdoukos, Birol Ünel, Anna Bederke. Produkcja: Niemcy 2009.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Przedmieścia uczą życia (Broken, reż. R. Norris)

Jakoś mnie ostatnio na zaległości wzięło. Może i dobrze, skoro zdążył mi umknąć taki film i dotąd czekał, aż wreszcie go obejrzę? Lepiej późno niż wcale. I w przypadku obrazu Rufusa Norrisa opcji "wcale" zdecydowanie nie polecam.

Niełatwo jest dojrzewać, zwłaszcza, gdy ten proces przebiega inaczej niż u tych, którzy cię otaczają. Jakoś tak... mądrzej. Bohaterka, Skunk, jest przykładem dziewczynki, do której dociera coraz głębiej zło i okrucieństwo tego świata, ale ona się im nie poddaje. Umie oceniać negatywne przykłady. Ciężko jej obserwować to, co się dzieje. Zaczyna reagować, sama nie ulegając wpływom.

Na oczach Skunk rozgrywa się cały proces niszczenia ludzkiego życia. Doprowadzania człowieka do stanu ostateczności. Dziewczynka obserwuje, jak jej sąsiad, Rick, nieco upośledzony młodzieniec, staje się wrakiem człowieka. Przez jedno fałszywe oskarżenie. Przez Ricka także zaczyna sączyć się zło, ale wynika ono z bezradności i niemożności trzeźwej oceny rzeczywistości. Jakże wielkie jest zdziwienie Skunk, gdy jej brat zaczyna zadawać się z jedną z tych, które niebezpiecznie oczerniają innych...

Oskarżenia rozkapryszonej nastolatki (mającej nadwrażliwego ojca) padają na kolejnego mężczyznę. Tym razem Skunk reaguje, nie mogąc znieść tej niesprawiedliwości. Reaguje także jej ojciec, prawnik (mimo że między nim a ofiarą pomówienia - Mike'em - trwa cicha rywalizacja o kobietę).

W "Broken" najlepsze jest to, że mimo konsekwentnie budowanej historii i rysów postaci ten film nie jest jednoznaczny. Do samego końca widzowi towarzyszy napięcie, co się wydarzy. Postaci też nie są czarne lub białe. Bohaterowie przedmieść mają różne skazy - czy to fizyczne (choroba Skunk), czy to psychiczne (Rick). Do tego dochodzą widoczne skazy w systemie moralnym (córki Boba Oswalda). Nawet oprawca może nagle zmienić się w niosącego ratunek.

Przed seansem nie wiedziałam, że w filmie gra jeden z moich ulubionych aktorów - Cillian Murphy. Rola Mike'a nie jest być może zbyt skomplikowana i rozbudowana, ale dobrze się go ogląda. I słucha, oczywiście. Role Eloise Laurence (Skunk) i Tima Rotha (jej ojciec, Archie) są bardzo ciekawie zarysowane. Uwagę przyciągają też Robert Emms (Rick Buckley) i Rory Kinnear w roli brutala zdolnego do miłości rodzicielskiej, Boba.

Warto zwrócić uwagę na zdjęcia. Kamera czasem się zatrzymuje, wychwytując w brudzie i szarości przedmieścia ulotne, piękne elementy. Nawet złomowisko bywa interesujące. Stare przyczepy z powybijanymi szybami stają się azylem. 

Wciągający. Wartościowy. Ważny.



Broken. Reżyseria: Rufus Norris, scenariusz: Rufus Norris, Mark O'Rowe. Obsada: Tim Roth, Eloise Laurence, Cillian Murphy. Produkcja: Wielka Brytania 2012.

piątek, 26 lipca 2013

Daj się skusić! (Pokusa, reż. L. Daniels)

Dobrze jest dać się czasem zaskoczyć. Nie przez film, o którym wie się niewiele albo czytało się dwa zdania i intuicyjnie wyczuwa się, że jest w nim coś. Raczej przez taki, który się omijało jakoś, nie czując "chemii" (choć niby wiedząc, że może trzeba by sprawdzić przed wydaniem osądu, a jednak...). 
A potem się nadrobiło zaległości z całkiem sporą satysfakcją.

W "Pokusie" najlepsze okazało się to, czego się tak obawiałam - czyli aktorstwo. Bardzo dobrze obsadzone role! Zaskakująca Nicole Kidman w roli laleczki ze snu pornofana, zaskakująco dobry Zac Efron, noszący dotąd etykietkę bożyszcza nastolatek i disneyowskiego ładnego chłoptasia. Matthew McConaughey, zapadający w pamięć "człowiek z blizną". John Cusack w roli obłąkanego zwyrodnialca skazanego na krzesło elektryczne. I Macy Gray, której charakterystyczny głos jedynie dotąd znałam. 

Główny wątek nie jest najbardziej interesujący. Zresztą informacje o rozwoju sprawy (wyjaśnieniu oskarżeń, jakie ciążą na skazańcu Hillarym Van Wetterze) pojawiają się raczej w formie komunikatów, wzmianek. Śledzimy cały czas relacje między bohaterami. A to między braćmi - Jackiem i Wardem, a to między Jackiem a gospodynią Anitą, która go wychowywała, a to między Hillarym i Charlotte, między Charlotte a Jackiem, między Wardem a Yardleyem, między ojcem a synami. Często te relacje zyskują dość dramatyczny lub chory wymiar. To na nich opiera się film.

Wszechobecne są w nim też krew, sperma i inne wydzieliny ciała. Pornofantazje, inicjacyjne marzenia, czysta fizjologia (nie tylko związana z seksem, ale np. z oddawaniem moczu czy wypruwaniem krokodylich flaków). I brud, i smród. Bez ograniczeń.

Lee Daniels próbuje wcisnąć w swój film trochę zagadnień historycznych, kulturowych. Pojawia się temat rasizmu (akcja dzieje się w roku '69), homoseksualizmu, praw człowieka. Nic specjalnie rozbudowanego, wątki ledwie poruszone, jakby obok.

W ogólnym rozrachunku całkiem nieźle. Swoisty eksperyment, któremu bezsensownie przyszywa się łatki z hasłami Tarantino czy Almodovar. Nie są mu potrzebne.




Pokusa (The Paperboy). Reżyseria: Lee Daniels, scenariusz: Lee Daniels, Peter Dexter. Obsada: Nicole Kidman, Zac Efron, John Cusack. Produkcja: USA 2012.

czwartek, 18 lipca 2013

Najpierw słońce, potem deszcz (Triszna. Pragnienie miłości, reż. M. Winterbottom)

Zderzenie dwóch kast, dwóch środowisk. Dwóch rodzajów wychowania i dwóch zupełnie różnych zestawów wartości.

Triszna: wieczna uciekinierka. Gotowa zaryzykować wiele dla miłości, która okazuje się nie mieć wiele wspólnego z jej wyobrażeniem. Wydaje się z całkowitym spokojem godzić na wszystko, z czym wiąże się jej relacja z ukochanym, Jayem (zmiany miejsc, zmiana pracy, ucieczka z domu), jest uległa, bo wychowano ją w tradycyjnych wartościach. A to przecież dla niej największe szaleństwa w życiu, gwałtowne zwroty akcji, postępowanie zupełnie wbrew temu, co jej wpojono. Dla niego, wyzwolonego, bogatego, całkowicie wolnego, te decyzje są jak pstryknięcie palcami. Gdy nudzi go praca, zmienia ją i wyjeżdża. Widz zastanawia się, kiedy to samo Jay zrobi z ukochaną kobietą.

Wybawca i chlebodawca staje się powoli strażnikiem jej więzienia i oprawcą. Wdzięczność Triszny i wpojone jej posłuszeństwo nie pozwalają jej się bronić.

Znamienna jest scena, w której Jay, namiętnie zaczytany w Kamasutrze, pyta Trisznę, czy jest służącą, kobietą niezależną czy kurtyzaną. Każe jej wybrać, bo wielka księga miłości nakazuje, by uprawiać miłość z każdą z tych trzech. Mówi, że Triszna jest dla niego wszystkimi trzema - a ja mam wrażenie, że nie jest tylko tą niezależną, bo służącą jest od początku, a do kurtyzany zaczyna się upodabniać w miarę czasu. Wbrew swej woli.

Zdarzyło mi się przeczytać kilka tekstów na temat tego filmu. Pojawiały się w nich refleksje, jakoby "Triszna" przypominała Bollywood, usuwając na drugi plan świadomość, że reżyser jest Brytyjczykiem, a i adaptowana powieść nie jest indyjska. Fakt, realia są przeniesione do współczesnych Indii, pojawia się sporo musicalowych wstawek z racji filmu w filmie. Jest konflikt kastowy, są tradycyjne wartości i "miłość niemożliwa". Ale z porównaniem do Bollywoodu niekoniecznie się zgadzam. Współczesny Bollywood bardzo się zmienił, zmieniło się obrazowanie, pojawiły aktualne, kontrowersyjne dla Hindusów tematy (rozwody, związki pozamałżeńskie etc.). Ale nadal Bollywood nie jest tak swobodny w temacie seksu. Co więcej, mam wrażenie, że czasem w popularnym bollywoodzkim kinie nieco głębiej są ukazane konflikty. Czy uznawać to za plus, czy za nachalny psychologizm, to już nie mnie oceniać. W każdym razie Winterbottom tylko jakby przejechał się po powierzchni. Ukazał pewne ramy historii i relacji między bohaterami.

Są też tacy, którzy w bollywoodzkich filmach widzą tylko (albo przeważnie) ładne obrazki. Te "ładne obrazki", ładne twarze i stroje są też domeną filmu Winterbottoma. Może pod tym względem gdzieś drogi się zbiegają.

PS 2 Imię "Trishna" oznacza pragnienie. Nie ma nic wspólnego z Krishną (ciemny, zły, mroczny). Pewnie z tego korzystał polski tłumacz tytułu, a i wybór imienia bohaterki zapewne jest nieprzypadkowy. W powieści jest Tessa.

PS Chyba siłą rozpędu przypomnę sobie "Tess" Polańskiego. Jedna powieść, a dwa zupełnie różne filmy...




Triszna. Pragnienie miłości (Trishna). Reżyseria: Michael Winterbottom, scenariusz: Michael Winterbottom.  Obsada: Freida Pinto, Riz Ahmed, Mita Vasisht. Produkcja: Wielka Brytania 2011.

niedziela, 7 lipca 2013

Wszystko jest rytmem (Africa: The Beat, reż. Samaki Wanne Collective)

Doznał radości, mocnej, bez przyczyny, 
Radości oczu. Wszystko było rytmem 
Przesuwających się drzew, ptaka w locie, 
Pociągu na wiadukcie, świętem ruchu. 
(Cz. Miłosz)

Plemię Wagogo zamieszkujące małą wioskę w Tanzanii wyraża się tańcem, śpiewem, rytmem. Dla nich "nauka tańca", "nauka muzyki" są równie absurdalne jak nauka oddychania czy jedzenia. W ich wiosce wszystko pulsuje muzyką. Nawet czas nie płynie, tylko pulsuje. Życie mieszkańców jest wyznaczane przez rytm natury (dnia i nocy, pory suchej i pory deszczowej), rytm wybijany dłońmi, tańczącymi stopami, rytmicznym mieleniem ziaren czy ciosaniem drewnianych bębnów.

"Africa: The Beat" to niesamowity dokument nakręcony przez czterech twórców: filmowca, malarza i dwóch muzyków. Całość opiera się na badaniach, które w wiosce plemienia Wagogo od ponad siedemnastu lat prowadzi Polo Vallejo. Na pierwszy plan wysuwa się właśnie muzyka i taniec. Nawet filmowy montaż jest im poddany.

To niezwykle pozytywne spojrzenie na Afrykę i jej mieszkańców. Widać, że kultura ludu Wagogo jest twórcom bliska. Widać też, że wśród nich są muzycy, których uszy są szczególnie na rytm uwrażliwione. I malarz - bo kadry są pełne kolorów i ruchu.

Film jest pozbawiony narracji. Ruch, muzyka, rytm budują i spajają poszczególne kadry. Pojawiające się z rzadka napisy albo tłumaczą pokrótce, co się dzieje, albo pokazują nazwy pór roku, instrumentów muzycznych, rytuałów, albo też są tłumaczeniem śpiewanych przez Wagogo pieśni. Czasem czytamy na ekranie przysłowia afrykańskie. Jedno z nich mówi, że jeśli potrafisz mówić, potrafisz też śpiewać, a jeśli umiesz chodzić, umiesz też tańczyć. Życie mieszkańców wioski Nzali jest dokładnym wypełnieniem znaczenia tego przysłowia.

Warto dać się ponieść temu rytmowi przez godzinę seansu.

*film obejrzałam podczas festiwalu AfryKamera 2013, odbywającego się w Katowicach.




Africa: The Beat. Reżyseria: Samaki Wanne Collective (Javier Arias Bal, Polo Vallejo, Pablo Vega, Manuel Velasco). Obsada: Yulía Chilendu Madebe, Mariam Mazengo, Tibu Mchoya. Produkcja: Hiszpania, Tanzania 2011.

środa, 19 czerwca 2013

Czy leci z nami pilot? (Przelotni kochankowie, reż. P. Almodóvar)

...albo raczej: czy leci z nami ktoś normalny? Tak należałoby zapytać, oglądając "Przelotnych kochanków".

Almodovar tym razem funduje nam komedię katastroficzną. Fiestę katastroficzną wręcz. Carpe diem posunięte do granic absurdu w sytuacji zagrożenia. Szalony humor, zdrowo "stuknięci" bohaterowie, prawdziwe oryginały. Galeria postaci. Reżyser mam wrażenie równie dobrze bawił się przy kręceniu tego filmu jak publiczność podczas seansu. Zrobił sobie chwilę oddechu od cięższej tematyki. Zrzucił z siebie płaszcz "mistrza" i "artysty", który nieustannie mu się zakłada na grzbiet. Ale to wcale nie znaczy, że film jest zły. Jest lżejszy. Unosi się w przestworzach razem z bohaterami.

Krótko mówiąc: samolot lecący z Madrytu do Meksyku ma awarię podwozia. Jest zagrożenie, strach ogarnia pasażerów. Sposób rozładowania stresu zależy od tego, czy jesteś pasażerem klasy ekonomicznej, czy biznesowej. W tej pierwszej podaje się środki nasenne. W tej drugiej alkohol leje się strumieniami, narkotyków nie brakuje, odbywają się dzikie orgie, a stewardzi-geje zapewniają program artystyczny. Żyć nie umierać.

Jest w obsadzie trochę "starych znajomych" - Javier Cámara w roli stewarda Joserry, Lola Dueñas - dziewica i medium w jednym, Cecilia Roth - superkochanka i gwiazda filmów sado-maso, Antonio Banderas i Penelope Cruz w epizodycznych rolach kochanków.

Klasę biznesową stanowi grupa bohaterów, o których dowiadujemy się najwięcej; także dość pikantnych szczegółów. Są nowożeńcy - diler i nimfomanka, jest kobieta-medium, człowiek sukcesu uciekający przed policją, lokalny Don Juan. Do kompletu mamy trzech stewardów-gejów (dewota, prawdomównego alkoholika i rasowego podrywacza) oraz dwóch żonatych biseksualnych pilotów. Tych dwóch ostatnich bardziej interesują problemy seksualne niż awaria samolotu. 

Scenę z brawurowym wykonaniem przez trzech stewardów układu choreograficznego do "I'm So Excited" The Pointer Sisters zapamiętam na długo ;).

PS Obrywa się Almodóvarowi niemiłosiernie za ten film. Że durny, że chaotyczny, że mało śmieszny (bo wręcz żałosny), że zupełnie inny od poprzednich. A mnie cieszy błazeńska twarz reżysera dramatów, która właśnie z niego wylazła. Przesada i przejaskrawienie nigdy nie były mu obce, tym razem posunął je do granic absurdu czy kiczu. Ale biczować za to od razu?




Przelotni kochankowie (Los Amantes pasajeros). Reżyseria: Pedro Almodóvar, scenariusz: Pedro Almodóvar. Obsada: Javier Cámara, Cecilia Roth, Lola Dueñas. Produkcja: Hiszpania 2013.

czwartek, 6 czerwca 2013

Tango to wolność (Tango Libre, reż. Frédéric Fonteyne)

François Damiens od początku wyglądał mi znajomo. Tak charakterystycznej twarzy się nie zapomina. Owszem, widziałam go już w "Delikatności" z Audrey Tatou. Nawet jest trochę podobieństw w tych dwóch rolach.

Trudno powiedzieć, czy on (Jean-Christophe) gra tu pierwsze skrzypce. Raczej nie. Czasem jest pośrednikiem, czasem obserwatorem. Czasem próbuje wejść w rolę przyjaciela, kochanka, partnera w tańcu. W końcu staje się elementem swoistego czworokąta (a nawet pięciokąta). Bo dla niej (Alice) w każdym z nich jest coś, co może kochać. Albo z czym może się kochać, bo i tak można by powiedzieć.
Oni nie są tak naprawdę rywalami, przyjaźnią się, choć każdy z nich walczy o Alice na swój sposób. Mąż, kochanek, przyjaciel, syn.

Na pierwszym planie jest tango. Widzimy je w prawdziwie męskiej odsłonie, w więziennej scenerii. Taniec, w którym jest i wolność, i walka. Scena z prezentacją tańca w więzieniu zachwyca. Prawdziwie porywa, również współwięźniów, którzy najpierw nieśmiało i bez przekonania, a później coraz odważniej i mocniej włączają się we współuczestnictwo w spektaklu oraz w naukę.
Tango jest tutaj tym, co łączy i dzieli. Co pozwala dać upust emocjom, wyzwolić ukryte instynkty, zintegrować grupę. Jest także językiem ciała - choć ten wątek nie jest, mam wrażenie, zbytnio w filmie eksploatowany. O uwodzeniu raczej się opowiada, choć zazdrość i rywalizacja mają miejsce.

Dla Alice tango jest pasją i radością. Dla Fernanda (Sergi López) tango, które było mu wcześniej zupełnie obojętne, rodzi się z zazdrości o kobietę. Dominic (Jan Hammenecker) nie rozumie sensu tanga, boi się instynktów, które ten taniec w nim wyzwala, gdy już w końcu próbuje go poznać. Dla Jean-Christophe'a tango to swego rodzaju szaleństwo, dla którego gotów jest porzucić dotychczasowe życie. Taniec, który połączył go z uwielbianą kobietą, wplątał w jej skomplikowaną historię.

Taniec więzienny jest prawdziwy, szczery, pełen pasji i namiętności. Taniec na lekcjach tanga, gdzie spotykają się Alice i Jean-Christophe, jest tylko kombinacją wyuczonych kroków. Udawaniem emocji.

...Dowiedziałam się, że jest i polski motyw w tym filmie. Sceny więzienne kręcono podobno w Zakładzie Karnym w Kaliszu.



Tango Libre. Reżyseria: Frédéric Fonteyne, scenariusz: Philippe Blasband, Anne Paulicevich.  Obsada: François Damiens, Sergi López, Anne Paulicevich. Produkcja: Belgia, Francja, Luksemburg 2012.

poniedziałek, 6 maja 2013

Przywiązany do prawdy (Michael Haneke. Zawód: reżyser, reż. Y. Montmayeur)

Czujne oko reżysera otwierające i zamykające film. Czuwające nad wszystkim, nad każdym szczegółem. Michael Haneke przy pracy. Niezwykle interesujący dokument.

Haneke jest w gruncie rzeczy miłym facetem, choć aktorzy mówią o jego radykalizmie (Huppert), umiłowaniu skrajności (Binoche) czy o strachu na planie (Trintignant). On chce być (i jest) artystą idealnym. Idealnym w tym sensie, że mówi tylko przez swoje filmy. Zaciera tropy, by dać widzowi szansę na własne odczytanie. Nie chce interpretować ani siebie, ani swoich dzieł. Tłumaczyć, "co autor miał na myśli". Traktuje siebie jak rzemieślnika, który stara się wykonywać swoją pracę najlepiej, jak potrafi.
Zdawałoby się, że idea dokumentu o pracy reżysera może przeczyć wyżej wymienionemu założeniu. Ale nie. Haneke jest konsekwentny w tym, co mówi i co robi. Odnosi się to także do portretowania jego pracy.

Pojawia się w filmie istotna kwestia niewygodnych prawd, cierpienia, bolesnych tematów, które Haneke pokazuje nader często w swoich obrazach. Sam reżyser mówi, że jest przywiązany do prawdy. Że stara się traktować widza poważnie, a to sprawia, że może mu mówić niekoniecznie przyjemne rzeczy. I to od samego widza zależy, jaką wersję prawdy przyjmie. Jest to uczciwe i dość odważne podejście do tematu. Jean-Louis Trintignant (grający w "Miłości") określa Hanekego jako mistrza kreowania dystansu, dzięki któremu reżyser przekazuje trudne treści. Ale podkreśla także, że Haneke jak mało kto rozumie ludzi i lubi ich.

Jest w tym dokumencie sporo ciepła i duża doza humoru. Wyłania się zeń myślący, wrażliwy człowiek, który doskonale ma poukładane i rozpracowane to, co chce osiągnąć. Który świetnie zna się na swojej pracy. Wydawałoby się, że tego typu umysł wszystko poddaje matematycznym prawom. Ale nie. Haneke twierdzi, że droga artystyczna nie może być zaplanowana od początku do końca. Że - niezwykle podoba mi się to zdanie - "rozwój jest przeciwieństwem koncepcji". 

On lubi przypadki, zwłaszcza takie, które mają wpływ na kształtowanie tej drogi.


PS Dziękuję dystrybutorowi, firmie Spectator za umożliwienie mi obejrzenia filmu.





Michael Haneke. Zawód: reżyser (Michael Haneke - Porträt eines Film-Handwerkers). Reżyseria: Yves Montmayeur, scenariusz: Yves Montmayeur. Obsada: Michael Haneke, Isabelle Huppert, Juliette Binoche. Produkcja: Austria, Francja 2013.

wtorek, 30 kwietnia 2013

Na krawędzi realności (Kotoko, reż. S. Tsukamoto)

"Kotoko" to interesujący wizualno-dźwiękowy zapis choroby psychicznej, czerpiący z horroru i stylistyki gore. Obraz świata widzianego oczami osoby chorej, nieraz wstrząsający.

Bohaterka nie radzi sobie ze sobą, z życiem. Atakują ją obrazy i wizje, których nierealności (lub realności) nie może być pewna. Z tego powodu jej zmysły są wyostrzone do granic możliwości, jej czas reakcji maksymalnie podkręcony. Codzienna nieustanna walka mocno ją wyczerpuje. Kotoko jest też matką maleńkiego chłopca, co sprawia, że jest wrażliwa (nadwrażliwa) podwójnie. Nie może bowiem znieść jawiących się jej przed oczami obrazów cierpienia swojego dziecka. Zawsze biegnie mu na pomoc. Ciekawe są te sceny, w których widać sytuację z obu stron: wizja - reakcja Kotoko - widok z perspektywy przechodnia. Miotająca się po ulicy kobieta (która na przykład ucieka przed zduplikowanym widmem nacierającego na nią mężczyzny) wygląda na obłąkaną. 

Jest w bohaterce jeszcze jeden typ wrażliwości - wrażliwość, którą można by nazwać "artystyczną". Kotoko uwielbia śpiewać. Chwile, w których to robi, wyłączają ją z towarzyszących jej omamów. Gdy śpiewa, jest w innej przestrzeni, pozbawionej strasznych wizji. Może poczuć się wolna.

Kotoko jest jednocześnie oprawcą i ofiarą. Samookalecza siebie, jakby chciała sprawdzić, czy ból przywróci ją do realności. Czy powinna żyć, czy łatwiej byłoby odejść i raz na zawsze osiągnąć spokój? Mówi: "szukam tylko potwierdzenia, że wciąż mam prawo egzystować". Okalecza też pojawiającego się w jej życiu mężczyznę, który próbuje ją ratować przed tym, co ją osacza.

Kamera jest niezwykle blisko bohaterki. Rozedrgana, prowadzona z ręki, operująca zbliżeniami, czasem niedbałym kadrem. Zdjęcia współgrają z wrażliwością Kotoko, odzwierciedlają jej stany. Czasem estetyzują sceny jej samookaleczeń, przekształcając je w obrazy z powolnie spływającą strużką krwi, symetrycznie ułożonymi na ręce nacięciami.

Są też wzruszające obrazy dorastania syna (Dajiro), któremu matka nie może towarzyszyć na co dzień. Budowania relacji ze wspólnych radosnych chwil, mgnień, spotkań. Utraty poczucia czasu na oddziale psychiatrycznym. Odwiedzin tego, który powoli staje się mężczyzną.

Jedno słowo na koniec: warto.




Kotoko. Reżyseria: Shinya Tsukamoto, scenariusz: Shinya Tsukamoto. Obsada: Cocco, Shinya Tsukamoto. Produkcja: Japonia 2011.

piątek, 26 kwietnia 2013

Starość nie jest dla mięczaków (Kwartet, reż. D. Hoffman)

Nareszcie przyszła wiosna. I może dlatego tym bardziej cieszy mnie pozytywne przesłanie filmu Dustina Hoffmana, który reżysersko debiutuje w wieku 75 lat. Model starości przedstawiony w "Kwartecie" chyba jest mu bliski. Ba, sama chciałabym pewnie, żeby moja jesień życia tak wyglądała. Beecham House, gdzie rozgrywa się akcja filmu, jest bowiem domem spokojnej starości dla emerytowanych muzyków i śpiewaków operowych, których de facto "spokojna starość" nie interesuje.

Nigdy nie jest za późno na debiut. Nigdy też nie jest za późno na to, by nauczyć się czegoś nowego, by zrobić coś, czego się do tej pory nie robiło albo by po wielu, wielu latach do czegoś wrócić. By żyć w pełni.
Starość ma też chyba do siebie to, że łatwiej wybacza, nawet jeśli na początku się z tym szarpie. Ten sam przykład widziałam w filmie "Zamieszkajmy razem".

Wspaniałe jest to zbliżenie twarzy starej kobiety na początku filmu. Twarze wszystkich pensjonariuszy Beecham House są interesujące, charakterystyczne. Mają na sobie piętno życiowych wydarzeń, dojrzałe piękno.

Role są doskonale napisane, postacie drugoplanowe (np. Anne Langley) autentyczne również przez to, że grane przez prawdziwych emerytowanych muzyków i śpiewaków. Wrażliwość bohaterów urzeka. Bawi mnie ten szczególny rodzaj autoironicznego humoru związanego z doświadczeniem wieku.

Maggie Smith jak zwykle świetna. Gra podobny typ postaci jak w "Wątpliwości", "Lawendowym wzgórzu" czy "Zakonnicy w przebraniu" - prawdziwej damy, kwintesencji "brytyjskości", kobiety z rezerwą, dla której liczą się konwenanse i pewien stały porządek rzeczy. Zachowanie musi być adekwatne do wieku. Ale ta skorupa z czasem pęka, jest pod nią wrażliwość i uczucie.

Pełna energii, nieco naiwna Cissy (Pauline Collins) jest ujmująca. Panowie należący do słynnego kwartetu - Wilf Bond (Billy Connolly) i Reginald Paget (Tom Courtenay) charakterni i doskonale się dopełniający.
Scena, w której Reginald rozmawia z młodymi ludźmi o operze i rapie - mistrzostwo!

Cieszę się, że nie ma przesadnego patosu - obawiałam się tego. Przecież któryś z bohaterów mógłby nie dotrzymać do gali. Albo moglibyśmy zostać zmuszeni do oglądania mistrzowskiego wykonania kwartetu, w którym dojrzali śpiewacy wydobywaliby z siebie nieprawdopodobne dźwięki. Dzięki Ci, reżyserze, scenarzysto i autorze sztuki. Uff. I dzięki ci ponadto, Ronaldzie Harwoodzie, za udane dialogi i pełnokrwiste postacie. To wielka zaleta "Kwartetu".





Kwartet (Quartet). Reżyseria: Dustin Hoffman, scenariusz: Ronald Harwood. Obsada: Maggie Smith, Tom Courtenay, Pauline Collins. Produkcja: Wielka Brytania 2013.

sobota, 6 kwietnia 2013

W pogoni za sensem (Drzewo życia, reż. T. Malick)

Nie lubię pisać o rozczarowaniach, ale czasem trzeba. Kiedy udaje się instynktownie omijać większość złych filmów, jakże dojmujące jest rozczarowanie czymś, co dobrze się zapowiadało.

Bo Drzewo życia nie jest takim filmem, do jakiego aspiruje. Strasznie męczące są te wtopione weń kosmiczne obrazy, ukazujące stworzenie świata, siłę natury. Nie, one nie są wtopione. One są przyszyte grubą nicią i drażnią. Przypomina mi się materiał o languście z Asterixa i Obelixa - Misji Kleopatra. Tak się nie robi. Rozumiem intencję i wizję, ale, na Boga, dlaczego nie można tego zmontować tak jak Trier w Melancholii? Użyć bardziej sensownie? OK, eksperyment, artystyczna wizja, ambicja. Ale tu chyba Malick przeszarżował. To nie jest Baraka, to nie jest Koyaanisqatsi, które mimo eksperymentalnej formy zachwycały wizualnie.

Najlepsze w tym filmie są sceny z ojcem i synem. Brad Pitt jest świetny, to nie ulega wątpliwości. Grający syna (Jacka) Hunter McCracken również. Dobrze utrzymane napięcie, udane obrazowanie skomplikowanej relacji. Prawdziwe perełki. Tylko że do tych sekwencji trzeba, niestety, dotrwać i bledną, gdy całość zaczyna widza przytłaczać. Ja się wewnętrznie nie zgadzam na marnowanie takiego potencjału.

Zachwycają mnie zdjęcia, portrety postaci. Małe malarskie kadry z dzieckiem i matką. Piękna matka (Jessica Chastain) również. Obraz dorastania z przerażeniem budzącą się seksualnością. Bunt przeciwko ojcu i mimowolne przejmowanie jego cech. Ojcowskie wyznanie winy. Braterska więź.

Przytłaczają mnie wspomniane wcześniej wizje (kiedy widz myśli, że się od nich uwolnił i będzie już tylko lepiej, zjawiają się ponownie). Rwana narracja ze zwrotami do Boga, ojca, zmarłego brata. Montaż, który tylko czasem jest uzasadniony. Drażni Sean Penn jakiś taki niewydarzony. I to dziwne wyobrażenie ostateczności z pseudobiblijnymi gestami pod koniec filmu. Patos, który trudno znieść. W trakcie oglądania filmu kilkakrotnie miałam wrażenie, jakby reżyser zapominał, co chciał powiedzieć i musiał czymś zapełnić tę pustkę.

Ten film próbuje (także przez swoją formę) wmówić nam, że jest o czymś ważnym. I jest momentami. Problem w tym, że bardzo trudno to uchwycić, bo za wiele w tym wszystkim chaosu, efektów, nietrafionych pomysłów. Że o zakończeniu nie wspomnę.




Drzewo życia (The Tree of Life). Reżyseria: Terrence Malick, scenariusz: Terrence Malick. Obsada: Brad Pitt, Sean Penn, Jessica Chastain. Produkcja: USA 2011.

środa, 27 marca 2013

Oni, ona i pozory (Girlfriend, reż. J. Lerner)

Evan - młody chłopak z zespołem Downa, mieszkający z matką.
Candy - matka małego Simona, miłość Evana z czasów liceum.
Celeste - matka Evana.
Russ - były chłopak Candy, prawdopodobnie ojciec Simona.
Kenny - były chłopak Candy, być może także potencjalny ojciec Simona.

Wydaje się, że Evan jest pewnego rodzaju monolitem. Zawsze wygląda tak samo (nosi te same ciuchy, te same kolory), zachowuje się podobnie - jest miły. Ale są dwa momenty, w których ten obraz się zmienia, oba związane z kobietami. Matką i dziewczyną (Candy). "Dziewczyną" - tak powinnam napisać. W pierwszym przypadku Evan traci panowanie nad sobą w miejscu pracy, które było jego i matki wspólną przestrzenią (poza domem, oczywiście). W drugim przypadku niespodziewanie do głosu dochodzi ciało. I naśladowanie zachowań tych facetów, których relacje z Candy Evan podgląda. Wówczas pewna "niewinność" jego relacji z nią, ograniczona maksymalnie do podziwiania nagości, zostaje zniszczona. On chce tego samego co oni. Widzi, że pieniądze (także jego pieniądze) wiele mogą.

Candy wygląda niewinnie (tak samo niewinne jest jej imię - "Cukiereczek"). Nie ma pieniędzy, traci dom, a przecież ma syna, któremu chce zapewnić przyzwoity byt. Jej kartą przetargową są cielesność i seks, którym ulegają nadal jej byli faceci. Jest piękna - to fakt.
Do pewnego momentu wydaje jej się, że tego typu transakcja nie obowiązuje w przypadku Evana. Tylko do czasu.

Kiedy umiera matka Evana, kończy się jego "dzieciństwo". Dzieciństwo w tym sensie, że do głosu dochodzi świat, przed którym matka wcześniej chroniła syna. Jeszcze czasem przedstawiciele społeczności małego miasteczka próbują się nim opiekować. Kończy się też wizja świata wg Evana, którą podaje się nam od początku filmu.
Sam bohater zaczyna się zmieniać. Coraz więcej do niego dociera, nie ze wszystkim sobie radzi. Napięcie budowane jest umiejętnie, przez moment jesteśmy gotowi uwierzyć, że ten bohater bez skazy, jakim był Evan na początku, może zabić.

Candy jest matką małego Simona. Ona też go chroni. I dzieje się podobnie - gdy na chwilę znika, nad chłopcem zawisa niebezpieczeństwo.

Evan Sneider w roli Evana intryguje, zachwyca, czasem wkurza. To dobrze, bo jego bohater budzi emocje, często skrajne. Sneider dobrze sobie radzi z trudnymi scenami, których nie brakuje w tym filmie. Tylko czasem trudno ocenić, czy reakcje i wybory bohatera są zależne czy niezależne od jego schorzenia. 
Shannon Woodward nieźle oddaje rozdarcie i podwójne oblicze swojej bohaterki. Amanda Plummer, której charakterystyczną twarz pamiętamy z Pulp Fiction, świetnie gra rolę matki budującej szczególną relację z synem. 

Pozory niewinności - umiejętnie naśladowane także przez "dyskretną" kamerę w scenie zbliżenia bohaterów. Pozory odpowiedzialnego ojcostwa (za którym kryje się głównie zazdrość o to, że inny facet może być ojcem syna byłej dziewczyny). Pozory prawdziwej miłości i bliskiej relacji, która de facto zachowuje się tylko w relacjach matka - dziecko. Pozory przyjaźni, której celem jest wykorzystanie informacji (Russ - Evan). Pozory bezinteresowności.






Girlfriend. Reżyseria: Justin Lerner, scenariusz: Justin Lerner. Obsada: Evan Sneider, Amanda Plummer, Jackson Rathbone. Produkcja: USA 2010.

poniedziałek, 18 marca 2013

Stopami na ziemi (Sugar Man, reż. M. Bendjelloul)

Cause the sweetest kiss I ever got is the one I've never tasted
(Sixto Rodriguez, Cause)

Nikt nigdy o nim nie słyszał, nikt w jego własnym kraju (czyżby to był dowód, że trudno jest być prorokiem w miejscu swego urodzenia?). Stał się głosem buntu i symbolem wolności w odległym RPA, co nigdy nie zdarzyło się w rodzinnym Detroit. Choć i tu, i tam nagle zniknął, jakby zapadł się pod ziemię, dając pole do domysłów i plotek.

Facet, o którym nic nie wiadomo poza tym, co mówi przez własne teksty. Ideał twórczości artystycznej.

Jak to jest odkryć prawdziwą perłę, kiedy media pełne są śmieci, bzdurnych tekstów piosenek, które drażnią nasze uszy? Jak to jest dowiedzieć się, że facet, o którym mówiono, że popełnił samobójstwo (co idealnie przystawałoby do żywotu rockmana) żyje i ma się dobrze, choć mimo wszelkich uzdolnień nie zrobił wróżonej mu światowej kariery?

"Sugar Man" to film, do którego historię napisało samo życie. Upór afrykańskich dziennikarzy muzycznych, poszukujących idola, który zaginął. Szczęśliwy przypadek, który sprawił, że córka artysty znalazła stronę internetową z informacją o jego poszukiwaniu. Te wszystkie czynniki, dzięki którym odnaleziono Sixto Rodrigueza, co - że tak biblijnie powiem - był umarły, a znów ożył, zaginął, a odnalazł się.

Niesamowity jest ten film. Biografia, która nie tworzy postaci niemalże mitologicznej, która pokazuje zwykłe, odmitologizowane życie, w końcu odkryte. Która odnajduje człowieka-widmo. I która stawia na dokument, a nie na fabułę budującą nieprawdopodobne często konstrukcje.

Ciekawy montaż muzyczno-obrazowy. Obrazy i animacje płynnie przenikające się z wypowiedziami ludzi, którzy znali Sixto Rodrigueza. I muzyka - najważniejszy bohater filmu. Wspaniała muzyka. Głębokie, znaczące teksty, z którymi z coraz większą ciekawością zaczęłam się zapoznawać po seansie filmu.

I ta wspaniała postać człowieka skromnego, pogodzonego z życiem. Człowieka ciężkiej pracy, który nie szarpie się ze swoim losem, nie dąży do tego, by zabłysnąć. Podoba mi się ta twarz, sfotografowana pięknie na zbliżeniach. Ten kapelusz, czarny płaszcz, które pokazują, że on jest kimś więcej, choć nigdy się nim nie stał...

Rodriguez jest jak w tytule swojej płyty, jak w swoich piosenkach: coming from reality (pochodzący z rzeczywistości). Jej się trzyma, nie tego, co było marzeniem, fantazmatem, wspaniałą wizją.

Polecam.




Sugar Man (Searching for Sugar Man). Reżyseria: Malik Bendjelloulscenariusz: Malik Bendjelloul. Obsada: Stephen 'Sugar' Segerman, Dennis Coffey, Mike Theodore. Produkcja: Szwecja, Wielka Brytania 2012.

czwartek, 7 marca 2013

Ocalić siebie (Lot, reż. R. Zemeckis)

Zakończenie zdecydowanie lepsze niż pierwsza część filmu. Niby wiem, o co chodzi, że konstrukcja przemyślana, że feralny lot nie jest punktem kulminacyjnym i powinien stanowić właściwie wprowadzenie w temat. Ale albo dzień miałam kiepski, albo po prostu taka konstrukcja fabuły nie należy do moich ulubionych. Zwłaszcza, że mam wrażenie, że ciąg dalszy również średnio zagłębia się w psychologię, w motywy.

Podoba mi się ta dwuznaczność. Bohater i sprawca tragedii, ocalały i ofiara jednocześnie. Trzeźwy (choć coraz rzadziej) alkoholik. Denzel Washington jest niezły w tej "podwójnej" roli. Momentami jednak nawet bardziej ciekawi mnie Kelly Reilly (Nicole), zapamiętana z "Sherlocka Holmesa". Ona przyciąga wzrok, nie da się ukryć. Nicole też jest "podwójna" jak Whip. Ale ona szybciej decyduje się to zmienić.

Samolot ląduje bezpiecznie. Ale Whip w swoim życiu przeżywa wiele niekoniecznie miękkich lądowań. Jego stan pociąga za sobą regularny psychiczny i fizyczny kontakt z podłożem.

Nie jest to film, który mnie szczególnie porywa. Ale jest wiele plusów:
- sprawny scenariusz,
- dobra, momentami nawet świetna kreacja Washingtona,
- przyjemna epizodyczna rola Johna Goodmana,
- piękna Kelly Reilly,
- niezłe zdjęcia (zwłaszcza w kabinie pilotów tuż przed katastrofą),
- finał, który winduje mocno ocenę całości.

Polecam. Zwłaszcza w czasach, gdy dyskusje na temat "jak ściąć wieżę kościoła i mimo to bezpiecznie wylądować" są dość aktualne ;).



Lot (Flight). Reżyseria: Robert Zemeckis, scenariusz: John Gatins. Obsada: Denzel Washington, Kelly Reilly, Don Cheadle. Produkcja: USA 2012.

wtorek, 26 lutego 2013

Wesołe jest życie staruszka? (Zamieszkajmy razem, reż. S. Robelin)

1) Z humorem, ale bez hurraoptymizmu. Z dystansem (również bohaterów do samych siebie). Z ciepłem.

2) Nie w intymnej, klaustrofobicznej przestrzeni (jak w "Miłości" Hanekego). Nie w anonimowych, bezdusznych ośrodkach opieki zdrowotnej. Nie samotnie, nie we dwoje, ale w grupie przyjaciół. Kiedy? Na starość.

3) Bardzo udana galeria postaci (obsada również). Barwna. Niezależna, ciągle piękna Jeanne (Jane Fonda). Subtelna, ale z charakterem Annie (Geraldine Chaplin). Cierpiący na Alzheimera Albert o wyglądzie Einsteina (Pierre Richard). Pożeracz serc (a właściwie ciał) niewieścich Claude (Claude Rich). Wiecznie walczący aktywista Jean (Guy Bedos). I jedyny młody człowiek w tym towarzystwie - student antropologii Dirk (Daniel Brühl).

4) Starzy, którzy biorą się z życiem za bary na miarę swoich sił. Którzy łapią każdy promień słońca, celebrują małe przyjemności. I młody, który idzie na niepotrzebne kompromisy. Rezygnuje z niepowtarzalnych szans.

5) Miałam skojarzenie muzyczne, widząc połączenie "dziarskiej" muzyki z krokiem staruszka wyprowadzającego żywotnego psa na spacer. Przypominał mi się utwór skomponowany przez Milesa dla Arthura Abbotta w filmie „Holiday” Nancy Meyers. Ten, który miał pobudzić siły witalne starszego pana na hollywoodzkiej gali przygotowanej na jego cześć.

6) Różowa trumna jako podsumowanie życia niestroniącego od kolorów. "Weselsza" opcja pogrzebu, z szampanem. I ten piękny dialog Jeanne z pracownikiem zakładu pogrzebowego!

7) Jak mnie niesamowicie urzeka i wzrusza finałowa scena (o której nie mogę za wiele pisać, żeby nie spojlerować). Jest w niej oddanie, miłość, przyjaźń, akt solidarności. Element wiary w to, że może ten, który biegnie przodem, nie tak do końca się myli. Bo chcielibyśmy, żeby się nie mylił. Przecież ona jest w nas i pozostanie na zawsze, nawet w tym braku, który nas boli...

8) I dlaczego ten film dotarł do nas dopiero teraz?




Zamieszkajmy razem (Et si on vivait tous ensemble?). Reżyseria: Stéphane Robelin, scenariusz: Stéphane Robelin.  Obsada: Jane Fonda, Geraldine Chaplin, Daniel Brühl. Produkcja: Francja, Niemcy 2011.

piątek, 22 lutego 2013

Obudzić w sobie bestię (Bestie z południowych krain, reż. B. Zeitlin)

Są takie sposoby wychowania, które budzą kontrowersje w obserwatorach z zewnątrz, ale wbrew wszystkiemu mogą pasować do warunków. Mogą ocalać przed tym, co zagraża. I są takie relacje, które pozornie wyglądają na brak miłości i takie chwile, mgnienia niemalże, kiedy wiemy, że ta miłość jest, choć głęboko ukryta.

Są filmy, które urzekają po prostu klimatem. I mimo, że wiele o nich powiedziano, każdy może znaleźć w nich co innego. Inną interpretację, inne elementy, które są dla niego ważne. I ta moja interpretacja jest tylko jedną z wielu. Fajne jest to, że tu nic nie jest oczywiste. Że jest miejsce dla mojej interpretacji.

Mała Hushpuppy mieszka z ojcem, Winkiem w miejscu zwanym Bathtub. To dziki teren nieustannie zalewany przez wodę. Hushpuppy nie ma matki, niebawem straci także ojca. Widzimy ją i Winka (a także resztę społeczności Bathtub) w momencie nadejścia kataklizmu. W chwili zagrożenia małym końcem świata, który nie dotyczy ludzi żyjących "za barierą", w cywilizowanym miejscu.

Dla mnie "Bestie" są oryginalną opowieścią o przełomie, dojrzewaniu. Dość wczesnym, bo dotyczy kilkuletniej dziewczynki - ale nie tylko do niej się odnosi. Imię małej Hushpuppy powinno kojarzyć się z ciepłem dzieciństwa - bo oznacza kukurydzianą bułeczkę lub szczeniaczka. Jej dzieciństwo nie jest ani ciepłe, ani łatwe. Relacja z ojcem nie należy do najbardziej prawidłowych. Ale imię ojca - Wink - oznaczające mrugnięcie czy "puszczanie oka" jest także swoistym puszczeniem oka do widza. Hushpuppy natomiast nie jest małym, potulnym, łagodnym "szczeniaczkiem". Jakby reżyser mówił nam: "nie wszystko wygląda tak, jak się na pozór wydaje.

Bo rzeczywiście nie jest. Zeitlin dotyka ważnych, aktualnych tematów (cywilizacji będącej zagrożeniem dla środowiska naturalnego, ginących małych społeczności i kultur), ale poleca nam samym to ocenić, połączyć w całość. Nawet tytułowe bestie nie są sprawą oczywistą. Istnieją na pograniczu realności i wyobraźni małej dziewczynki. Bestia jest zarówno czymś złym i zagrażającym, jak i tym, co każdy człowiek (zwłaszcza żyjący w takim miejscu jak Bathtub) powinien mieć w sobie, by przeżyć. Wink hoduje tę bestię w Hushpuppy. I ten brak strachu, odwaga, pewność pozwalają jej przezwyciężyć własne demony.

Bathtub - miejsce, w którym żyją bohaterowie - oznacza wannę. Znów dwuznaczność. Może to być przestrzeń ciepła, bezpieczna, cicha, ale z drugiej strony regularnie zalewana przez wodę, więc zagrożona. Natura w "Bestiach" jest zarówno zagrożeniem, jak i ratunkiem. Człowiek jest tym, który ją opanował, ale jednocześnie pozostaje wobec niej bezsilny (patrz: Wink strzelający do burzy). Film Zeitlina nie jest ani pochwałą dziczy, ani jej krytyką.

Quvenzhané Wallis w roli małej Hushpuppy jest zachwycająca. Ta scena przy stole, gdy dziewczynka budzi w sobie twardziela i bestię. Scena spotkania małej dziewczynki z wielkim turem (czy raczej knurem). Piękny, emocjonalny moment pożegnania z ojcem, gdzie do głosu dochodzą prawdziwe uczucia obojga...
Czasem chciałoby się życzyć debiutującym w pełnym metrażu reżyserom, żeby właśnie w ten sposób debiutowali.




Bestie z południowych krain (Beasts of the Southern Wild). Reżyseria: Benh Zeitlin, scenariusz: Lucy Alibar, Benh Zeitlin. Obsada: Quvenzhané Wallis, Dwight Henry, Gina Montana. Produkcja: USA 2012.

wtorek, 19 lutego 2013

W odwiecznym kręgu (Water, reż. D. Mehta)

Niech po śmierci męża swego 

Do woli umartwia ciało, 
Spożywając czyste kwiaty 
Czy owoce i korzenie, 
Lecz innego męża nawet 
Imienia niech nie wspomina.

Manusmryti (Prawo Manu, Traktat o zacności)

"Water" to dla mnie osobiście jeden z najważniejszych i poruszających filmów. Być może pomogłaby świadomość, że to już zamknięta historia. Że to się już nie zdarza (akcja filmu toczy się w trzydziestych latach XX wieku). Ale tak nie jest. We współczesnych Indiach nadal są domy wdów. Nadal kobiety, które straciły męża, tracą całą rodzinę. To jest na porządku dziennym - tak samo jak, niestety, rytualne morderstwa...

Water jest częścią "trylogii żywiołów" Deepy Mehty, której pozostałymi częściami są Fire (opowiadający o zakazanej, lesbijskiej miłości) i Earth (opowiadający o podziale indyjsko-pakistańskim z 1947 roku i krwawych masakrach, które mu towarzyszyły). We wszystkich tych filmach istotnym punktem jest sytuacja kobiet. Mehta jest reżyserką, która przełamuje stereotypy, pokazuje w swoich filmach, że "egzotyczne Indie nie istnieją"*.

Tytułowa woda ma w tym filmie ogromne znaczenie. Głównym punktem odniesienia jest Ganges, uświęcona rzeka Hindusów. Woda jest elementem błogosławieństwa i oczyszczenia (także duchowego - zmywa "pchły i grzechy"). Podtrzymuje życie, witalne siły. Oznacza narodziny i śmierć. Ma zapewnić spokojne umieranie tym, którzy się jej napiją lub w jej bliskości odchodzą. Nad rzeką wita się nowy dzień, składa bogom ofiary, szepcze modlitwy, błogosławi nowożeńców i żegna zmarłych, myje ciała, pierze ubrania. Ganges jest najczystszą (bo świętą) i najbrudniejszą rzeką zarazem. Symbolizuje przejście, nowy etap w życiu.

Wdowa jest osobą nieczystą. Może skazić ludzi, z którymi się styka. Może zagrozić nowożeńcom, gdy padnie na nich jej cień. Może przynieść nieszczęście rodzinie, gdyby w niej pozostała. Ma ogoloną głowę, bo włosy są symbolem seksualności i pokusy. Ma nosić do śmierci białą szatę, by wytrwać w czystości po kres swoich dni. Symbolikę czystości podwaja pranie wdowich szat w Gangesie.

Chuyia ma osiem lat. Zostaje wdową, nawet nie zdążywszy zdać sobie sprawy, że została żoną. Goli się jej głowę, zabiera biżuterię, ubiera w białą szatę, wysyła do aśramu, gdzie żyją inne wdowy. Kobieca społeczność niezamężnych (już niezamężnych) kobiet, zunifikowanych, żyjących prosto, poszczących i pokutujących. A kto w tej społeczności? Kobieta-strażniczka, która pilnuje porządku twardą ręką, bardziej niż mężczyźni go narzucający. Buntowniczka-idealistka, która wierzy, że można wyrwać się z tego porządku i zmienić swoje życie (na znak buntu nosi długie włosy, jest też separowana od reszty z obawy przed podburzaniem innych kobiet). Pogodzona ze swoim losem mieszkanka aśramu, w której budzi się współczucie dla małej Chuyi i potrzeba, by chociaż ją uratować. Stręczycielka (hidźra, przedstawiciel indyjskiej "trzeciej płci"), która wysyła wdowy braminom w celach seksualnych.

Historia dwójki buntowników w "Water" zyskuje wymiar uniwersalny. Kalyani jest wdową, która wbrew zasadom nosi długie włosy i zakochuje się ponownie. Narayan jest wyznawcą wartości propagowanych przez Gandhiego. Nawet imię męskiego bohatera wiąże się z symboliką wodną - w indyjskiej mitologii oznacza „tego, który porusza pierwotne wody” (jest to jedno z imion Brahmy – stwórcy). Oznacza też "pierwszego człowieka".

Mała Sarala (która odebrała za ten film główną nagrodę w kategorii Best Performing Child Actor) w roli Chuyi porusza. Dziewczynka pochodząca ze Sri Lanki w momencie angażu do filmu nie znała ani jednego słowa w języku hindi. Wszystkich dialogów uczyła się na pamięć**.

Porusza też klimatyczna muzyka, stworzona w duecie przez kanadyjskiego kompozytora Mychaela Dannę ("Capote", "Kraina traw", "Mała Miss") oraz A.R. Rahmana, znanego indyjskiego kompozytora, m. in. autora muzyki do "Slumdoga - milionera z ulicy". I zdjęcia Gilesa Nuttgensa, który współpracował z Deepą Mehtą przy poprzednich filmach trylogii. Znakomicie budują atmosferę filmu, także w scenach, które przerywają wątek, będąc małymi, odrębnymi obrazami (na przykład scena zabawy w deszczu).

Cała trylogia żywiołów jest godna uwagi. Ze względu na tematykę, na aktorstwo, na symbolikę. Polecam.

PS A kto chce poczytać więcej, polecam interesujący tekst Jarosława Pietrzaka.

*http://postcolonialstudies.emory.edu/deepa-mehta/
**http://www.asiantribune.com/node/5841





Woda (Water). Reżyseria: Deepa Mehta, scenariusz: Deepa Mehta. Obsada: Lisa Ray, John Abraham, Seema Biswas. Produkcja: Indie, Kanada 2005.

sobota, 9 lutego 2013

Uwolniony (Django, reż. Q. Tarantino)

Tarantino, ty złotousty diable. Jesteś mistrzem.

Poddaję się!



Django (Django Unchained). Reżyseria: Quentin Tarantino, scenariusz: Quentin Tarantino. Obsada: Jamie Foxx, Christoph Waltz, Leonardo DiCaprio. Produkcja: USA 2012.

środa, 6 lutego 2013

Więzienie ciała, więzienie umysłu (Sesje, reż. B. Lewin)

To, co urzeka od samego początku, to postacie. I gra aktorska, która czyni te postacie pełnokrwistymi, przekonującymi. John Hawkes jako Mark O'Brien - niesamowity. William H. Macy (ojciec Brendan) ujmujący. Helen Hunt (Cheryl) - odważna.

Tematyka niepełnosprawności sama w sobie nie jest nowa; nośna również w ostatnim czasie - żeby wspomnieć choćby "Nietykalnych". Miałam nawet pewne skojarzenia z Philippem, bohaterem wspomnianego filmu, który opowiadał o swej strefie erogennej - uchu. Tematyka seksu i niepełnosprawności ociera się już o pewne tabu. Bohater "Sesji" - Mark - ma tę świadomość, gdy przygotowuje się do napisania artykułu na ten temat. Jednakże samo pojawienie się tego tematu, które początkowo wydaje mu się otwarciem pewnych nigdy nie otwieranych drzwi, staje się zapowiedzią czegoś nowego, czego mógłby nigdy nie doświadczyć.

O'Brien jest inteligentnym facetem z poczuciem humoru i urokiem osobistym. W tym również przypomina Philippe'a z "Nietykalnych". Te cechy przyciągają do niego ludzi, sprawiają, że nie patrzy się na niego wyłącznie przez pryzmat jego choroby.

Podoba mi się sposób, w jaki gra się w "Sesjach" cielesnością i emocjami. Nie ma wulgarności, choć profesja Cheryl, mimo że dokładnie przez nią opisana, może zastanawiać. Podoba mi się to, że terapeutyczny sens jego (Mark) spotkania z nią (Cheryl) przenosi się także na nią, choć działa w zupełnie inny sposób. Podoba mi się również "fizyczna" rola wspomnianego na początku Johna Hawkesa. Ostatnio mój podziw wzbudziła Marion Cotillard grająca okaleczoną w wypadku ("Rust & Bone"), John Hawkes wchodzi w rolę znacznie trudniejszą i gra wyśmienicie. Widać, że i Hunt, i Hawkes lubią wyzwania.

"Sesje" mimo lekkiej formy są w dużej mierze opowieścią o wstydzie i strachu. Strachu przed relacjami doświadczanym przez człowieka, który przecież jest zależny od innych ludzi. Strachu przed własną seksualnością, reakcjami własnego ciała, wstydzie przed nagością, powodowanymi przez rodzicielskie wychowanie, otoczenie, niemoc, niepewność. Prawdziwy Mark O'Brien, autor artykułu, na którego podstawie powstał film, pisał:
"Chciałem być kochany. Chciałem być przytulany, pieszczony, doceniany. Ale moja nienawiść do samego siebie i strach były zbyt silne. Wątpiłem, że mogę zasługiwać na miłość".

Ta tematyka wychodzi poza kwestię niepełnosprawności, bo dotyczy nie tylko niepełnosprawnych. Ciało Marka jest tylko pozorną barierą. Prawdziwą barierą jest jego umysł (i tkwiące w nim, zakorzenione głęboko przekonania), którym nawet nie da się podrapać...




Sesje (The Sessions). Reżyseria: Ben Lewin, scenariusz: Ben Lewin. Obsada: John Hawkes, Helen Hunt, William H. Macy. Produkcja: USA 2012.

czwartek, 31 stycznia 2013

... (Pieta, reż. Kim Ki-duk)

Jest taki plakat promujący film Kim Ki-duka z kobietą i mężczyzną (matką i synem) upozowanymi na tradycyjny wizerunek, którego sugestię przynosi tytuł - Pieta. Już na poziomie plakatu mam pewne skojarzenie z innym filmem, chodzi o Panią Zemstę Park Chan-wooka. Ten plakat też był grą. Z widzem, z fabułą, z przyzwyczajeniami.

Ona (Geum-ja u Park Chan-wooka) trzymała płatek śniegu na języku jak hostię. On (Kang-do u Kim Ki-duka) ma blizny na boku. Kim Ki-duk momentami podobnie gra z widzem, rozrzucając tu i ówdzie chrześcijańskie nawiązania i motywy. A to "na zawsze Alleluja" na murze za oknem bohatera, a to płacząca matka, nadstawianie drugiego policzka i judaszowe srebrniki. Wydawałoby się, że Kim Ki-duk zbuduje z nich coś więcej. I buduje przypowieść, ale nie jest to przypowieść religijna. Jest ofiara, jest współczucie, jest cierpienie, jest forma "nawrócenia" i oczyszczenia. Są też i stałe motywy pojawiające się w filmach reżysera: przemoc, problem moralności. Są odwrócenia i zderzenia, jak biczowanie stanikiem. Z nich wszystkich zbudowana jest opowieść o sile pieniądza, o tym, jak daleko można się posunąć, jak bardzo odrzeć z człowieczeństwa, także w relacjach z innymi. To filmowy świat pełen samotnych, okaleczonych duchowo i fizycznie ludzi. Kolejna przypowieść Koreańczyka idzie w stronę uniwersalizmu; Kang-do, choć ma imię, nie chce go mieć. Nie pozwala go wymawiać.

Ona (matka) uczy go współczucia. Pokazuje, czym jest przywiązanie w relacji. Dopiero gdy on (Kang-do, syn) to zrozumie, ona pokaże mu, czym jest prawdziwa zemsta. Taka, która boli nie tylko fizycznie i nie polega na okaleczeniu ciała.

Długie ujęcia. Twarze. Przedmioty. Dosłowność przemocy. Krew. Symbole. Świat, który jest machiną, historia, która zatacza koło. To znamy już z innych obrazów Kim Ki-duka. Ale Pieta jest inna, jest powolnym budzeniem się po poprzednim szczerym i osobistym Arirang. Nie ma poetyckości i minimalizmu Pustego domu, który mnie zachwycał. Intrygującej oniryczności Snu. Zdarzenia nie przebiegają płynnie jak w Czasie. Rzeczywistość filmowa nie jest zbudowana tak sprawnie, tak spójnie jak historie sprzed Arirang.

Pieta jest bardziej "szorstka" w odbiorze. Złożona jakby z elementów, kawałków, przebłysków, nie zawsze idealnie jak puzzle do siebie pasujących. Konstrukcja fabuły, postaci może budzić wątpliwości. Mam wrażenie, że nie jest to dzieło tak skończone jak choćby Pusty dom. Ale wiemy, że i w życiu samego reżysera nastąpił przełom, zaszły zmiany (czytaj: tu i tu). To na pewno ma swoje odbicie w jego filmie.

Nie jest mi łatwo z Pietą, z pisaniem o niej. Gniecie. Niepokoi. Zastanawia. Może i trochę rozczarowuje - choć temu reżyserowi jestem w stanie łatwo wybaczyć.
Nawet nie potrafię nadać tytułu swojemu tekstowi...
Kim Ki-duk nigdy nie był twórcą dbającym o wygodę widza. Miękki kinowy fotel w niczym nie pomoże.









Pi-e-ta (Pieta). Reżyseria:Kim Ki-duk, scenariusz: Kim Ki-duk. Obsada: Jeong-jin Lee , Min-soo Joo, Jo Jae-Ryong. Produkcja: Korea Południowa 2012.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Póki śmierć nas... (Miłość, reż. M. Haneke)

Przygnębiający, ale i piękny. Prawdziwy i szczery do bólu. Bez sentymentalizmu, patosu, koloryzowania. Oszczędny w środkach, a uderzający... Definicja miłości według Hanekego.


Georges i Anne. Oni dwoje są całkowicie dla siebie i tylko oni rozumieją to, co się dzieje z nimi i między nimi. Cała reszta jest  z zewnątrz, począwszy od córki, a na niekompetentnej opiekunce skończywszy. Niezrozumienie prowadzi ich do współczucia, litości (córka Eva i uczeń Alexandre) lub formalnego traktowania sprawy (Geoff). Anne i Georges nie chcą współczucia, nie chcą wspomnień, które są dla nich trudne. Anne zabrania nawet córce odwiedzania jej. O Geoffie mówi, że jego angielski humor jest do zniesienia w ograniczonych dawkach.
Georges - jego troska, delikatność, czułość, wszelkie próby znalezienia sposobu, jak ulżyć ukochanej osobie. Jego chęć zrozumienia. Empatia.

Niesamowite są fizyczne metamorfozy Emmanuelle Rivy (Anne). Najpierw piękna, zadbana, starsza pani, subtelna, dystyngowana. Pianistka i nauczycielka. Potem jednostronnie sparaliżowana, przerażona postępującą chorobą kobieta, która traci umiejętność mówienia i chodzenia. Która nie potrafi się pogodzić z tym, co dzieje się z jej ciałem, jak dalece nie nadąża ono za umysłem. I z tym, że tak już będzie, a co więcej - może być tylko gorzej.


...Ten moment, w którym Trintignant (Georges) pisze list - jak grany przez niego Joseph Kern w "Czerwonym" Kieślowskiego. I ten, w którym zdobywa się na niespodziewany akt przemocy, która ma być wyzwoleniem. Dla niej i dla niego. To są sceny, które zapadają w pamięć.
I Anne przy fortepianie. Muzyczna wizja Georgesa z przeszłości, która kończy się wyłączeniem odtwarzacza z płytą.


PS Nie zwróciłam wcześniej uwagi, że autor zdjęć - Irańczyk Darius Khondji - to twórca wizualnego klimatu "My Blueberry Nights", "Delicatessen" i "Dziewiątych wrót", a także operator wielu Allenowskich obrazów, m. in. "O północy w Paryżu" i "Zakochanych w Rzymie". Piękna różnorodność i wielka wrażliwość.




Miłość (Amour). Reżyseria: Michael Haneke, scenariusz: Michael Haneke. Obsada: Jean-Louis Trintignant, Emmanuelle Riva, Isabelle Huppert. Produkcja: Austria, Francja, Niemcy 2012.

wtorek, 15 stycznia 2013

Rozbitkowie (Rust & Bone, reż. J. Audiard)

Dwoje rozbitków pokaleczonych przez życie (ona okaleczona dosłownie, fizycznie, on poraniony duchowo, schowany w pancerzu). Oboje rozbrajająco szczerzy i silni. Oboje uczący się żyć na nowo.

Ich spotkanie wyzwala pewną energię. On pokazuje jej, że jej życie się nie skończyło. Że może więcej, niż jej się wydaje i to wcale nie będzie dla niej nadludzkim wysiłkiem. Że da się przekraczać granice, bo one często tkwią w naszej głowie. Ona stopniowo uczy go, co jest w życiu najważniejsze. Choć on i tak uczy się najwięcej przez momenty przełomowe, z tragedią w tle. Jest wojownikiem, pięściarzem, trzeba najpierw rozbić jego skorupę, by coś dotarło do wnętrza.

Film, który pokazuje, że ludzie nie spotykają się przypadkowo i pewne zetknięcia losowe mogą się ułożyć w ciąg, w historię. Wspólna historia Stephanie (Marion Cotillard) i Aliego (Matthias Schoenaerts) ma banalny początek - on, bramkarz w klubie, odwozi ją, dziewczynę z krwawiącym nosem, do domu. Zostawia jej numer telefonu. Kiedy Stephanie do niego dzwoni, jest już w zupełnie innej sytuacji życiowej, którą odczuwa jako dramatyczną.
Jest to bardzo dziwny związek. Relacja, której nigdy byśmy się nie spodziewali. Pozornie ci ludzie zupełnie nie mają ze sobą nic wspólnego - a dopiero z czasem okazuje się, jak są do siebie podobni.

Podejście Aliego do okaleczonej kobiety kojarzy mi się z podejściem Drissa do Phillippe'a ("Nietykalni"). Prostolinijne, bez rozczulania się. Sama Stephanie zresztą nie chce współczucia. Chce żyć normalnie. Nie zgadza się również na ignorowanie jej cielesności z powodu kalectwa ani na odmienne traktowanie (vide scena w dyskotece z podrywającym ją mężczyzną).
Ali ma jednak problem z okazywaniem uczuć, widać to bardzo wyraźnie w  jego relacji z synem. W odniesieniu do Stephanie Ali nie rozumie też, co jest złego w podrywaniu innych dziewczyn na dyskotece. I w zjawianiu się u Stephanie wyłącznie na małe seksualne tête-à-tête, bez zobowiązań. Jego życiem rządzi adrenalina; nawet kolejne prace, które podejmuje, nie są jej pozbawione.

Cotillard jest niesamowita w roli kobiety po podwójnej amputacji. Rola efektów specjalnych to odrębna historia; fizyczne reakcje Cotillard są dopracowane w najmniejszych szczegółach. Kiedy krótko po swoim wypadku jest przytłoczona swoją tragedią, co odbija się na jej fizyczności, brzydota staje się jej atutem. Bywa piękna i brzydka zarazem.

Świetne, dynamiczne zdjęcia Stéphane'a Fontaine'a świetnie budują całą opowieść. Mamy tutaj i brutalizm walk na gołe pięści, i powolne, malarskie ujęcia wody (piękna scena spotkania Stephanie poruszającej się już za pomocą protez i orki w oceanarium!), zimowego pejzażu, jak i wspaniałe portrety bohaterów; zwłaszcza te obrazujące ich ból/

Cieszę się z kolejnego bardzo dobrego - po "Nietykalnych" - francuskiego dramatu.





Rust & Bone (De Rouille et d'os). Reżyseria: Jacques Audiard, scenariusz: Jacques Audiard, Thomas BidegainObsada: Marion Cotillard, Matthias Schoenaerts, Corinne Masiero. Produkcja: Belgia, Francja 2012.